12 listopad
Dzień jak
zwykle zaczęłam od pobudki w blasku słońca. Z wielkim optymizmem stoczyłam się
z łóżka i wyszłam do toalety wykonując poranne czynności. Następnie wróciłam do
mojego pokoju, w którym pościeliłam swoje łóżko, ubrałam spódniczkę i bluzkę w
kwiaty. Do tego zestawu dobrałam czarne vansy. Włosy zostawiłam rozpuszczone,
na twarzy pojawił się lekki makijaż podkreślający oczy. Gotowa zeszłam na dół.
Zrobiłam sobie śniadanie, które w mgnieniu oka skonsumowałam. Odstawiając
naczynie do zmywarki do mych uszu dobiegł dźwięk przychodzącego SMS-a.
Od Victoria:
Hej mała.
Jestem pod Twoim domem. Wychodź. :*
Posłuszna
poleceniom Vicky wzięłam torbę i sweterek i wyszłam z domu. Otwierając drzwi
ujrzałam roześmianą twarz dziewczyny. Zamknęłam drzwi na klucz i podążyłam za
dziewczyną. Szłyśmy do szkoły szybkim krokiem napotykając innych uczniów
idących w tym samym kierunku co my. Całą drogę rozmawiałyśmy o problemach Liz.
Nie sądziłam, że ma takie problemy. Nigdy mi się nie zwierzała, mimo iż
jesteśmy przyjaciółkami. Przejęłam się ta sprawą, równocześnie moja twarz
posmutniała, dopóki nie ujrzałam chłopaka w mocno opuszczonych spodniach
wychodzącego ze swojego lśniącego czystością samochodu. Mój uśmiech szybko
zniknął, gdy przypomniało mi się o tym co widziałam wczoraj. Z drugiej strony
nie mogę go tak łatwo przekreślić. Posłałam uśmiech w jego kierunku. Chyba to
zauważył, bo na jego twarz też wkradł się uśmiech. O mój Boże. Ale on ma boski
uśmiech. Mój brzuch opanowało stado motylków. Przyjaciółka zorientowała się, że
jej nie słucham i szturchnęła mnie łokciem. Nie ukrywam, zabolało mnie to.
Widząc poirytowanie w moich oczach dziewczyna zaczęła się śmiać jak opętana i
przekroczyła próg szkoły. Przy szafkach ujrzałam resztę naszej paczki.
Podeszłyśmy do nich. Przywitałyśmy się z nimi przyjacielskim uściskiem i
buziakiem w policzek. Jak zwykle po przywitaniu Matt począł opowiadać co
wczoraj po szkole robił. Zazwyczaj te historie bawią mnie do łez, albo wręcz
irytują. Tym razem była to ta pierwsza opcja. Mój niepohamowany śmiech przerwał
dzwonek. Ups! Nie ma to jak historia z samego rana. Trudno. Machnęłam ręką i z
jeszcze większym uśmiechem przywitałam ukochaną panią Shay. Kobietę
najwyraźniej zdziwiło moje zachowanie. Zdezorientowana odwzajemniła uśmiech i
zajęła swoje miejsce. Sprawdziła obecność i nadszedł czas na odpytywanie.
Pewna, że będą odpytywana podniosłam się z krzesła. Kobieta ze zdziwioną miną
kazała mi usiąść i do odpowiedzi wybrała kogoś innego. Matt, z którym
siedziałam w ławce zaczął się patrzeć raz na mnie raz na nauczycielkę. Przerwałam jego czynności cichym śmiechem.
Hmmm… no cóż ta lekcja nie była taka zła jak się spodziewałam. Sama nie wierzę,
że to powiem, ale nie chciałam aby tak lekcja się kończyła. Tak, wiem to
dziwne. Przepełniona radością wyszłam z klasy gdy zadzwonił dzwonek. Moją
radość przerwała myśl o tym co nas teraz czeka. Dwie lekcje angielskiego pod
rząd. Na pewno zada jakieś bezsensowne wypracowanie na co najmniej 4 kartki.
Lubię angielski, nawet bardzo, ale nie lubię z tym nauczycielem. Jestem w
stanie zrobić wszystko, aby pan Collins mnie nie uczył. W szkole wciąż krążą
plotki na jego temat i to wcale nie miłe. Zrobiłam kilka głębokich wdechów i
podążyłam w kierunku klasy, gdzie czekała na mnie Liz, ze smutnym wyrazem
twarzy. Nie mogąc patrzeć jak się smuci i nie wiedząc co się stało szybko
zapytałam dlaczego się smuci. Dziewczyna zaczęła opowiadać o swoich problemach,
gdy przerwał jej dzwonek. Poszłyśmy za resztą do klasy. Nie chcąc narobić sobie
problemów u znienawidzonego nauczyciela poprosiłam Liz, aby dokończyła historię
na następnej przerwie. Zgadzając się ze mną skinęła głową i zajęła miejsce obok
mnie. Nauczyciel napisał temat na tablicy i podał nam numery zadań, które
mieliśmy wykonać. Były niesamowicie banalne. Co się dzisiaj dzieje? Wcześniej
historia, na którą nie mogę nawet w jednym procencie narzekać, teraz taki
angielski. Ten dzień powoli mnie zaskakuje. Aż boję się co będzie dalej. A propos tego dalej: wcale się nie myliłam. Był
to dzień pełen niespodzianek, ale największa niespodzianka czekała na mnie po
szkole, a raczej przed szkołą. Stał tam Justin. Byłam pewna, że czekał na mnie,
a kiedy przeszłam obok mnie wcale nie zareagował. Jakby mnie tam nie było.
Zrobiło mi się smutno i poszłam do domu. W domu czekała na mnie Jen z gotowym
obiadem. Odmówiłam posiłku i poszłam do swojego pokoju wypłakiwać się w
poduszkę. Po paru minutach przyszła Jen aby zapytać mnie czy aby na pewno nie
chcę jeść. Ujrzawszy mój widok natychmiast podeszła do mojego łóżka położyła
się na nim mocno mnie tuląc do siebie. Prosiła, abym przestała płakać i
opowiedziała jej jaka jest przyczyna mojego płaczu. Nie chcąc o tym z nikim
rozmawiać nic nie odpowiedziałam i wtuliłam się w nią. Naprawdę tego
potrzebowałam. Jennette nic nie mówiła, co było pocieszające. Zasnęłam w jej
ramionach mokrych od moich słonych łez. Obudziłam się sama na łóżku. Zegarek
wskazywał 19:46. Na szafce obok łóżka stał talerz z jedzeniem. Nie chciałam
jeść, ale gdy zaburczało mi w brzuchu wzięłam to za sprzeciw i tknęłam pyszne
spaghetti. Wciąż ze zbolałą miną zeszłam na dół. Nie zastałam tam Jen.
Odłożyłam talerz do zmywarki i poszłam wziąć prysznic. Po wykonaniu owej
czynności wysuszyłam włosy i położyłam się do łóżka. Nie chciałam spać.
Sięgnęłam ręką do szafki, gdzie schowany był mój tablet. Włączyłam sobie film,
który dokładnie opisywał moje uczucia. Pocieszając było to, że film zakończył
się happy Endem. Z myślą, że moje życie się ułoży odpłynęłam w krainę snów.
Koniec
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz